• Facebook - Grey Circle
  • Instagram - Szary Koło

Najchętniej czytane

Najnowsze wpisy

Szukaj na blogu

Historia pewnej znajomości, czyli o podróży draceny z Singapuru do Polski, a właściwie o tym, jak zo

Kiedy pewnego grudniowego wieczoru utknęłam przed szybą kwiaciarni w centrum handlowym, podziwiając stojącą na wystawie najpiękniejszą orchideę na świecie, nie miałam pojęcia o kilku sprawach, które miały wydarzyć się w niedalekiej przyszłości. Co prawda jednej mogłam się domyślać – wkrótce storczyk będzie moją własnością. Mój mężczyzna intuicyjnie zrozumiał powód owacji i zachwytów nad orchideą, reszta była niewiadomą.

Po pierwsze, nie mogłam wiedzieć, że tydzień po przyniesieniu do domu, roślina straci wszystkie kwiaty. Nie mogłam również przewidzieć, że w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, co zrobić, by zakwitła ponownie, zapuszczę się w nieznane mi zakamarki internetu, w których skrywają się amatorzy orchidei.

Nie wiedziałam również, że poznam tam fantastyczną kobietę, która niespełna trzy miesiące później będzie czekała z uśmiechem na stacji metra Botanic Gardens, by zabrać mnie na najpiękniejszy w życiu spacer po Singapurskim Ogrodzie Botanicznym

i Orchidarium.



Tymczasem, pożerając wzrokiem przez szybę Phalaenopsisa wabiącego mnie urokiem bladoróżowych kwiatów, pokrywających gęsto cztery (!) pędy, nie zdawałam sobie sprawy, że niedługo trafię do storczykowego raju dziesięć tysięcy kilometrów od domu.

Jak się ma forum wielbicieli różowych falanopsisów z Obi do niemal niepoliczalnej ilości orchidei w singapurskim ogrodzie? To materiał na osobną opowieść ilustrowaną mnóstwem zdjęć, które nie oddadzą uroku Ogrodu Botanicznego w Singapurze. Temat miłośników storczyków z Obi przemilczę, (z całym szacunkiem dla sklepu), bo nie ma o czym gadać.

Napiszę tylko jedno – warto było tam zabłądzić, by poznać Anię. Zresztą wyżej wspomniane forum opuściłyśmy niemal jednocześnie, choć nie działałyśmy wspólnie i w porozumieniu.

Póki co, dzięki Lufthansie przeniosłam się do Singapuru...



Już podczas spaceru w ogrodzie zakiełkowała we mnie myśl, by jakiś okaz przywieźć do domu, lecz niestety ze względu na przepisy nie mogłam nic zabrać do Polski. Pozostał przemyt...

Oczyma wyobraźni widziałam, jak skośnoocy celnicy znajdują w moich rzeczach zielony pęd

i chwilę później skuta w łańcuchy ląduję w wilgotnym lochu azjatyckiego więzienia. Wyrok brzmi: dożywocie!

Zanim jednak znalazłam się na krześle elektrycznym na ratunek przyszła mi Ania.

- Przecież możesz mieć w torebce sałatkę – stwierdziła rzeczowo.

- Jaką sałatkę? – spytałam mało inteligentnie, bo upał odbierał mi rozum i nie bardzo wiedziałam, o co chodzi.

Ostatnie godziny przed wylotem spędzałyśmy u Ani w domu, podziwiając jej ogród na balkonie oraz kota Ryszarda, który totalnie mnie ignorował. Czterołapy dowód na to, że uroda idzie w parze z próżnością.

Tymczasem Ania pokazała mi stojący w kuchni słoik z wodą z kawałkiem draceny,

z którego miała wyrosnąć w przyszłości okazała roślina.

- Chcesz, to weź go do Polski. - powiedziała Ania i wyciągnęła kawałek ręcznika papierowego,

w który zawinęła pęd. Dodatkowo omotała go folią aluminiową, robiąc z roślinki zgrabną paczuszkę. - Jeśli ktoś cię zapyta, powiesz, że to sałatka.


Na lotnisku z duszą na ramieniu oddałam torebkę do rutynowego prześwietlenia. Zastanawiałam się, czy ktokolwiek uwierzy w historię z sałatką? Jak żyję, nie odważyłabym się zrobić czegoś nielegalnego, tym bardziej w Azji. Kto nie widział reportaży o azjatyckich kazamatach?

A w szczególności Singapur słynie z surowego i bezwzględnego prawa. O ja nieszczęsna... już po mnie.

Lotnisko w Singapurze tonie w kwiatach. Oczywiście są to orchidee. Kaskady, wodospady, girlandy, mnóstwo orchidei o nieskończonej ilości barw. I śpiew ptaków wokół. Takie to jest lotnisko.

Zachwycona otoczeniem tak odmiennym od tego, które zazwyczaj widuje się na innych lotniskach, zapomniałam, że mam się bać, bo przecież jestem przemytnikiem.

Do samolotu weszłam żegnana uśmiechami celników, którzy serdecznie zapraszali mnie ponownie do Singapuru i życzyli spokojnej podróży.

Dwunastogodzinny lot „sałatka” spędziła na dnie kieszeni mojej torby

i przypomniałam sobie o niej dopiero na lotnisku we Frankfurcie, gdzie bardzo dokładnie kontrolowano powracających z Azji do strefy Schengen.

W ogonku do „Security Check” moja wyobraźnia rozszalała się na dobre. Widziałam pochylonego nad sobą gestapowca o oczach zimnych jak lód, który machając dowodem rzeczowym - sfatygowaną „sałatką” pytał po raz piętnasty: „Was ist das?!!!!!”

Tymczasem kazali mi oddać jogurt – potencjalne siedlisko azjatyckiej zarazy, którą przywlekłam do Europy, ale kontrabandy nie odkryli.

Potem jeszcze kilka godzin czekania i tak kolejny samolot przywiózł dracenę i mnie do domu. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłam było odpakowanie „sałatki” z folii i ręcznika i włożenie jej do słoika z wodą.

Następnie upłynęło mniej więcej dwieście lat, podczas których trzy razy dziennie sprawdzałam, czy roślinka ma korzonki odpowiednio długie, by można było wsadzić ją do ziemi. Aż wreszcie nadszedł moment, gdy uznałam, że jest na to gotowa. Niestety nie jest to bajka o zaczarowanej fasoli i na drugi dzień rano nie obudziłam się w pokoju porośniętym wielkimi dracenami.

Mijały dni, tygodnie, lata, wieki, a ona trwała nieporuszona w doniczce. Za wszelką ceną doszukiwałam się śladów wzrostu. Jakiejś zmiany. Nic.


Zrozpaczona wysyłałam zdjęcia rośliny do Ani.

- No cóż, zafundowałaś jej szok. Za krótko siedziała w wodzie, za małe miała korzonki. - orzekła Ania na widok zdjęć, wprawiając mnie w czarną rozpacz.

Poczułam się jak zbrodniarz przeciwko ludzkości. Już po niej! Zmarnowałam przemyt! To koniec.

- Przykryj szklanką. - brzmiała instrukcja, do której pokornie się zastosowałam. Lecz nadzieja, według mnie, była nikła.

I niespodziewanie pewnego dnia na czubku roślinki, pomiędzy starymi listkami pojawił się nieśmiały, mały zielony ogonek.

Na jego widok ze szczęścia serce zaczęło mi szybciej bić.

W ciągu kolejnych tygodni ogonek urósł i zamienił się w listek. Po nim pojawiły się kolejne.

Przez całe kapryśne lato doglądałam roślinki czule i z troską. Zamieszkała w glinianej doniczce na słonecznym parapecie w kuchni. Poziom mojego szczęścia rósł wraz

z draceną, do czasu gdy odkryłam, że na listkach pojawiły się jasne plamki. Dużo plamek.

Panika! To pewnie zaraza! A może zabiło ją słońce? Tak, zapewne miała zbyt wiele światła

i teraz umiera!

Na szczęście z nieba spadła osobiście Ania i obejrzała „sałatkę” na własne oczy.

- Durna babo. - rzekła do mnie. - Plamki to naturalna cecha tej draceny. Swoją drogą, nie spodziewałam się, że tak szybko urośnie. Pięknie! - pochwaliła ekspertka.

Poczułam ulgę i dumę. Zaniechałam również intensywnych obserwacji roślinki każdego dnia, ponieważ doszłam do wniosku, że może wolałaby pozostać odrobinę anonimowa.

Niedługo wybieram się ponownie do Singapuru, bo grzech tam nie wrócić.

Ciekawa jestem, jaką sałatkę tym razem przygotujesz dla mnie, Aniu?

  • Facebook - Grey Circle
  • Pinterest - Grey Circle
  • Instagram - Grey Circle